Czary w argentyńskim stylu

Argentyna znalazła się na skraju przepaści i potrzebowała niemal cudu, aby wydrzeć bilet do Rosji i znaleźć się na najważniejszej imprezie piłkarskiej na świecie. Coś, co na ogół należałoby rozpatrywać w kategoriach piłkarskiego science fiction albo bardzo głupiego żartu (no bo jak to, Mundial bez Argentyny?!), było dużo bliższe spełnienia, niż mogłoby się wszystkim wydawać. I kiedy kibice nie wiedzieli już czy i w co wierzyć, piłkarze zdawali się błądzić wśród własnych niepewności i marzeń, a dziennikarze z coraz większą zapalczywością i bezczelnością wymierzali w zawodników i sztab techniczny kolejne ciosy, zaczęło się wielkie zaklinanie rzeczywistości.

To akurat żadna nowość w przypadku Argentyńczyków, którzy już ponad 30 lat temu wyczarowali taką rzeczywistość, w której Diego Maradona wymierzał Anglikom sprawiedliwą karę za wcześniej popełnione niegodziwości (boski Diego wziął odwet za przegraną wojnę o wyspy Falklandy-Malwiny i ‘ręką Boga’ wyrzucił ich z Mundialu w Meksyku). Skala obu historycznych wydarzeń oczywiście nie mogła być porównywana i zestawiana obok siebie, ale rozkochanemu w futbolu narodowi nie było potrzeba nic więcej.

Tak było kiedyś, a jak jest dzisiaj? Powiedzmy jasno, że Argentyna znalazła się w sytuacji totalnie podbramkowej. A wiadomo, że czując zapach ostrza gilotyny wiszącej nad szyją, człowiekowi mogą przychodzić do głowy różne myśli i zupełnie nieprawdopodobne rozwiązania delikatnej sytuacji. Wobec widma oglądania mundialu z perspektywy domowej kanapy, Argentyńczycy doszli do wniosku, że należy raz jeszcze (choć w inny sposób) zakląć rzeczywistość i dopomóc słabej drużynie w, nazwijmy to, niestandardowy sposób. Po dwóch bolesnych remisach z Urugwajem i Wenezuelą, Argentyna potrzebowała przede wszystkim punktów, ale również czegoś, co natchnęłoby zablokowanych zawodników. Wymyślono ‘La Bombonerę’. Plan zakładał zorganizowanie meczu z Peru na słynnym stadionie Boca Juniors, gdzie ostatni ważny mecz reprezentacji rozegrano blisko 20 lat temu (w listopadzie 1997 roku, Argentyna zremisowała z Kolumbią 1-1). Dlaczego właśnie tam? Popularna ‘Bombonierka’ robi wrażenie na każdym, komu dane było tam grać przynajmniej raz w życiu. Stadion wibruje i tańczy razem z fanatycznym tłumem kibiców, którzy są w stanie stworzyć jedyną w swoim rodzaju atmosferę i onieśmielić nawet najbardziej odpornego mentalnie przeciwnika. Feeria barw, konfetti, mocne transparenty, ryk kibiców, miejsce kojarzone z wielkimi sukcesami Boca Juniors. Czy to nie jest zaklinanie rzeczywistości? Lepiej zaufać magii stadionowych murów, niż w sposób merytoryczny poszukać problemów leżących w, jakby nie patrzeć, utalentowanej grupie futbolistów.

Numer ze zmianą obiektu niestety nie wyszedł. Argentyna po raz kolejny nie potrafiła wepchnąć piłki do siatki i po meczu z Peru dopisała ledwie punkt do dość marnego dorobku jaki udało się zgromadzić w eliminacjach strefy CONMEBOL. Dzięki szczęśliwej konfiguracji rezultatów w innych meczach (znowu jakaś niewyjaśniona interwencja sił nadprzyrodzonych?), Argentyna dostała ostatnią szansę w meczu z Ekwadorem i mogła powalczyć o Mundial bez nerwowego spoglądania na inne boiska latynoamerykańskich miast. Co wymyślono tym razem? Tęgie głowy znad La Platy umyśliły sobie sprowadzenie czarownika Manuela. To nie żart. Znachor (bo tak określa samego siebie) Manuel zapakował się na pokład samolotu lecącego do Quito razem z reprezentacją i już na miejscu, wykorzystał cały arsenał rytuałów, aby odegnać złą energię uniemożliwiającą Argentyńczykom strzelanie bramek i osiąganie dobrych wyników. Proste? Czarownik przeszedł się po murawie boiska, odwiedził stadionowe szatnie, odmówił modlitwy i następnie obejrzał mecz, przykulony gdzieś w kącie loży honorowej. Nie chciał zdradzać zbyt wielu szczegółów ze swojej misji. Całość akcji podsumował jedynie takim stwierdzeniem: ‘Drużyna nie czuła się dobrze. Grała dobrze, ale zostały poczynione pewne rzeczy, które nie pozwalały zdobywać bramek. No to pojechałem, uwolniłem ich z tych złych więzi i gotowe’. Idąc tym tropem, od tej pory w zasadzie każda aspirująca do najwyższych celów ekipa, powinna zatrudnić speca od czarów i nakazać mu pełnoetatowe odpędzanie demonów. Żarty żartami, ale gorzej, że w zaklęcia zaczął wierzyć również selekcjoner reprezentacji, Jorge Sampaoli. Na jednej z konferencji prasowych rzucił do dziennikarzy: ‘To nie Messi jest winny Argentynie Mundial. To futbol jest winny Messiemu ten turniej’. Tekst żywcem wyjęty z podręcznika dla czarowników. Tak jakby Sampaoliemu zbrakło argumentów czysto piłkarskich na wywalczenie mundialowej przepustki i musiał sobie zwizualizować przed kamerami jedyną słuszną i sprawiedliwą wizję futbolowego porządku świata. Prawdziwe zaklinanie rzeczywistości według argentyńskiego prawidła.

Należy jeszcze dodać, że tłem dla tych magicznych praktyk byli bezduszni dziennikarze, którzy mimo, iż nie wątpili w ostateczny awans Argentyny na MŚ (choć byli też i tacy, którzy wręcz nie chcieli tego awansu) to robili wszystko, aby obrzydzić publice obraz kolejnych trenerów oraz piłkarzy. Nawet Messiemu dostało się tak bardzo, że można było odnieść wrażenie, iż to właśnie gwiazdor Barcy najgłośniej wykrzykiwał w szatni po meczu z Ekwadorem obraźliwe hasła pod adresem telewizyjnych agresorów. A może to właśnie negatywna energia dziennikarskich kanalii roztoczyła nad reprezentacją płaszcz przekleństwa? To jednak temat na oddzielny tekst.

Ostatecznie rzeczywistość została nie tyle zaklęta, ile odklęta przez Messiego. Leo raz jeszcze zademonstrował, dlaczego jest obecnie uznawany za piłkarza zdolnego do stworzenia największej różnicy na boisku w dosłownie każdych warunkach i okolicznościach towarzyszących nawet najtrudniejszemu spotkaniu. Cała magia użyta do przepchnięcia Argentyny przez eliminacje, skończenia z niekończącą się mordęgą ciułania punktów i zapakowania reprezentacji w samolot do Rosji, skupiła się w lewej stopie Lionela. To jednak wciąż bardzo mało, zbyt mało jak na zaspokojenie ogromnych ambicji Argentyny, która zamiast wielkich triumfów kolekcjonuje mniej lub bardziej spektakularne porażki.

Zaklinanie rzeczywistości trwa w najlepsze i zaczyna powoli przypominać hobby narodowe Argentyńczyków. Ostatnim przykładem takiego stanu rzeczy były słowa wypowiedziane przez Chiqui Tapię, prezydenta AFA (Argentyńska Federacja Piłkarska), który przestrzegł wszystkich wątpiących w ekipę narodową i nakazał kupować wejściówki na mecze w Rosji. Dlaczego? Ponieważ jest przekonany i pewny tego, iż to właśnie Argentyna zakończy turniej w glorii mistrza świata. Nie wiadomo, czy fiesta po meczu z Ekwadorem przedłużyła się w biurach federacji o cały tydzień i pan Tapia nie był jeszcze do końca świadomy tego, co naprawdę mówi. Lepiej przypuśćmy, że to raczej kolejna próba usilnej wizualizacji wielkiego marzenia, które na pewno się spełni, jeśli bez przerwy będziemy o nim myśleć, mówić i przekonywać do naszej racji innych.

Argentyna nie zostanie jednak mistrzem świata, jeśli wewnątrz drużyny i dookoła niej nie zajdą poważne zmiany. I nie chodzi wcale o znalezienie jeszcze lepszego szamana, który być może tym razem na wzór druida Panoramiksa ugotuje magiczny wywar, rozleje go do bidonów, zostawi w szatni i nakaże pić piłkarzom przed pierwszym gwizdkiem sędziego (może oprócz Messiego, który musiał się czegoś takiego napić już we wczesnym dzieciństwie). Nie pomoże tworzenie laleczek voodoo ubranych w niemieckie, brazylijskie czy angielskie koszuleczki, a potem nakłuwanie ich szpilkami i wkładanie pod wrzącą wodę. Nie pomoże żaden stadion. Nie pomoże wreszcie przekonywanie całego świata, że na pewno tak się stanie, bo inaczej stać się nie może. Selekcjoner Sampaoli jest, mimo wszystko, zbyt inteligentny, aby tego nie wiedzieć. Wie natomiast tyle, że teraz zaczyna się najtrudniejsze osiem miesięcy w jego karierze trenerskiej. Jeśli nie przepracuje ich na 150% swoich możliwości, to wróci ze swoimi piłkarzami na tarczy i z hukiem zamknie być może najsmutniejszy rozdział w historii argentyńskiego futbolu. Genialne indywidualnie pokolenie nie wywalczy żadnego znaczącego trofea i zwolni miejsce młodszym kolegom. O kim myślicie w tej chwili? No właśnie. To będzie już prawdopodobnie definitywny koniec Messiego w reprezentacji. Aby do tego nie doszło, jakość piłkarskiej materii musi wziąć górę nad czarami. Tylko wtedy jedyny czarodziej w tym towarzystwie, będzie miał szansę na zademonstrowanie swojej boiskowej magii i definitywne odczarowanie argentyńskiego kompleksu wyhodowanego na bazie kilku ostatnich wielkich turniejów.

 

Radek Koc, Fangol.pl

reklama

Najmłodszy bramkarz w historii LM

Najmłodszy bramkarz w historii LM

Bartomeu podsumował 100 dni Valverde w Barcelonie

Bartomeu podsumował 100 dni Valverde w Barcelonie
Wiedzieliśmy, jakim trenerem jest Ernesto. Jest inteligentny, dobrze planuje mecze. Zaufaliśmy mu, a on udowodnił, że mieliśmy rację. Camp Nou i socios są w nim zakochani. Pierwsze sto dni Valverde to bardzo pozytywny okres, musimy być ambitni. Trener przywrócił nam spokój, stawia na grę zespołową.
Josep Maria Bartomeu za:sport.es

Morata kontempluje życie po siatce od Dzeko

No bo każdy czasem dostanie na boisku taką siatę, że na chwilę odechciewa mu się grać :D
reklama

"Lewy" podsumował spotkanie z Celtikiem

Czasami można grać dobrze, ale czegoś zabraknie. 3:0 to minimalny wynik, jaki mógł być, ale mogliśmy jeszcze podwyższyć prowadzenie. Zdarzają się takie mecze, gdzie decyzje, trochę szczęścia i różne elementy mają wpływ. Z drugiej strony najistotniejsze jest zwycięstwo. Po porażce w Paryżu odnieśliśmy wygraną. Najważniejsze było to, by wrócić na właściwe tory i kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa.
Robert Lewandowski za:CANAL+

Edin Van Basten

Edin Van Basten

Antonio Conte wiezie Cahilla niczym E.T.

Antonio Conte wiezie Cahilla niczym E.T.
reklama