Dwa oblicza reprezentacji Polski w el. Euro 2020. Które jest prawdziwe?

Kadra Jerzego Brzęczka zdobyła komplet 6 punktów w dwóch czerwcowych spotkaniach el. Euro 2020 z Macedonią (wygrana 1:0) i Izraelem (efektowne zwycięstwo 4:0). Ma wymarzoną i wręcz komfortową sytuację przed kolejnymi meczami, które odbędą się dopiero we wrześniu. Poniżej przedstawiamy wnioski z gry „Biało-Czerwonych”, która wcale nie wyglądała tak różowo, jakby mogło się wydawać.


Polska jest liderem grupy G po 4. spotkaniach eliminacji Euro 2020 z kompletem 12 punktów na koncie i imponującym bilansem bramkowym 8:0! Znajduje się w niezwykle dogodnym położeniu przed następnymi meczami. Tylko cud w zasadzie mógłby pozbawić jej przepustki na turniej finałowy mistrzostw Europy.

Nie ulega jednak wątpliwości, że aż w 3 z 4 rozegranych do tej pory spotkań styl gry był koszmarny i można było się zastanawiać, czy to bynajmniej naprawdę jest zespół „Biało-Czerwonych”, który jeszcze nie tak dawno zachwycał i dawał mnóstwo radości polskim kibicom, dochodząc aż do 1/4 finału Euro 2016 czy też może zbieranina przypadkowych piłkarzy, którzy grają ze sobą po raz pierwszy, a w grze panuje istny chaos, a udane zagrania można policzyć na palcach jednej ręki?

Oczywiście Polska ma na koncie komplet oczek po 4 meczach eliminacyjnych Euro 2020, ale wnioski nie nastrajają optymistycznie. „Biało-Czerwoni” trafili do bardzo słabej grupy, w której już po losowaniu byli typowani do roli zdecydowanego jej faworyta. Ciężki mecz z Austrią po złotym golu Krzysztofa Piątka na 1:0 i męczarnie na Narodowym w Warszawie z Łotwą, kiedy to przyjezdni pękli dopiero pod koniec meczu (wygrana 2:0) odłóżmy już na bok, a skupmy się na 2 ostatnich meczach, będących cały czas świeżo w pamięci polskich kibiców.

Spotkanie z Macedonią w Skopje było jedną wielką drogą przez mękę. Polska wygrała 1:0 po… jedynym celnym strzale w całym meczu, autorstwa Piątka, który pojawił się na boisku po przerwie. Wystarczyły mu zaledwie 2 minuty, aby zdobyć kuriozalną bramkę po strzale nieczystą przewrotką. Cały ten gol niejako podsumowuje obraz tego, co oglądaliśmy na Bałkanach w wykonaniu reprezentacji Brzęczka. Na boisku dominował chaos, mnóstwo strat, niecelnych podań, żadnych groźnych akcji bramkowych z wyjątkiem tej z udziałem Kamila Grosickiego, kiedy to będąc w 100 proc. sytuacji, nie trafił w światło bramki. Można pokusić się o stwierdzenie, że Polska miała furę szczęścia i czuwały nad nią chyba jakieś boskie moce, które pomogły dowieźć korzystny rezultat do końca meczu.

Warto kilka słów poświęcić linii pomocy, która w ogóle nie funkcjonowała. W systemie 1-4-5-1 środek pola był najsłabszym elementem Polski i nie stanowił żadnego zagrożenia dla bojowo nastawionych Macedończyków, którzy swoim agresywnym pressingiem sprawiali naszemu zespołowi mnóstwo problemów. Na nasze szczęście żadnej sytuacji nie potrafili wykorzystać. Na boisku były zbyt duże i wolne przestrzenie pomiędzy polską formacją obrony, a pomocy. Ponadto brakowało w naszym zespole gry bez piłki i wymienności pozycji. Reprezentanci ruszali się jak muchy w smole i nawet choćby na chwilę nie potrafili nadać akcji odpowiedniego przyspieszenia.

Dopiero wejście Piątka nieco ożywiło grę Polski. 24-letni napastnik przywrócił wiarę i jednocześnie tchnął życie w nieco zardzewiały mechanizm, a skostniała gra reprezentacji po I połowie, zaczęła się lekko zazębiać tuż po przerwie. Jednak daleko było do tego, aby zacząć mówić o wypracowanych automatyzmach.

Ostatecznie kadra Brzęczka wyrwała 3 punkty po beznadziejnej grze, w której tak naprawdę ciężko było się doszukać jakichkolwiek pozytywów.

Z tą myślą „Biało-Czerwoni” przystępowali do drugiego spotkania z Izraelem, który po 3 meczach był rewelacją eliminacji Euro 2020 z aż 7 punktami i pozycją wicelidera.

Jerzy Brzęczek postanowił zmienić taktykę na 1-4-4-2, stawiając na szpicy na Roberta Lewandowskiego i Krzysztofa Piątka. Jest to system, w którym Polska czuje się zdecydowanie najlepiej i najpewniej na boisku. Przyniósł on spodziewane efekty, które mogły wprawić w zachwyt niejednego kibica zasiadającego na PGE Narodowym. Polacy zaczęli z wysokiego „C” i raz po raz organizowali ofensywne natarcia na pełnej szybkości, a prym w tym wiedli ustawieni na pozycjach skrzydłowych: po lewej – Kamil Grosicki i po prawej – Piotr Zieliński.

Reprezentacja grała nie tylko odważnie do przodu, widowiskowo, ale również niesamowicie skutecznie. Rozmach akcji naszego zespołu był momentami imponujący, a ręce same składały się do oklasków. Festiwal strzelecki rozpoczął, któżby inny, jak nie Krzysztof Piątek, który po raz 3. w tych eliminacjach otworzył wynik meczu po kapitalnym prostopadłym podaniu Lewandowskiego, a następnie jeszcze zgraniu przez Tomasza Kędziorę. Następnie posypały się kolejne bramki. Najpierw rzut karny wywalczony przez Grosickiego za zagranie ręka izraelskiego gracza, wykorzystał pewnie „Lewy”, a następnie skrzydłowy Hull City sam wykończył akcję wolejem po fenomenalnym podaniu Piotra Zielińskiego. W końcówce spotkania dzieła zniszczenia dopełnili rezerwowi, którzy również sporo wnieśli pozytywów do gry „Biało-Czerwonych”. Arkadiusz Milik obsłużył jak na tacy Damiana Kądziora, a ten zdobył swego premierowego gola w koszulce z „orzełkiem na piersi”.

Wnioski po efektownej wygranej z Izraelem nasuwają się same.

1. Polska zaledwie 3 dni po koszmarnym spotkaniu zagrała jakże diametralnie jakościowo inny mecz. Nie tylko wbiła aż 4 gole rywalom (co ciekawe były to jedyne celne strzały w tym meczu!), ale również zademonstrowała piękny styl i trafiała do siatki rywali po kombinacyjnych akcjach z najwyższej półki, oczywiście, jak na standardy tego zespołu.

2. Trudno wytłumaczyć fakt, jak to możliwe, aby w ciągu zaledwie kilku dni zagrać dwa aż tak różne mecze! Stabilizacja równej wysokiej formy to coś, co jest polskim piłkarzom obce, ale nie ulega wątpliwości, że zwycięstwo aż 4 golami nad Izraelem było możliwe dzięki dużej mobilności, wymianie pozycji każdego polskiego zawodnika, niesamowitemu zaangażowaniu, wolnych przestrzeniach pozostawianych przez zespół rywali, a także czynnikowi mentalnemu, który w odpowiednim momencie niczym niewidzialny przycisk został włączony w głowach naszych piłkarzy. Polska była również zdyscyplinowana w obronie, a filarem defensywy był Kamil Glik, który wygrywał większość pojedynków główkowych i skutecznie neutralizował zapędy Erana Zahaviego (zdobywcy aż 7 goli w eliminacjach) i spółki.

3. Stadion Narodowy jest twierdzą naszego zespołu i żadnemu rywalowi nie gra się tam łatwo. Ostatni raz reprezentacji Polski poniosła na nim porażkę w marcu 2014 roku w towarzyskiej konfrontacji ze Szkocją 0:1! Od tego czasu „Biało-Czerwoni” mogą się pochwalić niesamowitą passą – 14 meczów z rzędu bez przegranej, w tym aż 12 triumfów i tylko 2 remisów! Obiekt w Warszawie jest dla naszej kadry magicznym miejscem, a żywiołowo reagująca publiczność zawsze dodaje piłkarzom wiatru w żagle.

4. Pomoc reprezentacji Polski najlepiej funkcjonuje w systemie z czwórką w środku, a nie z piątką, kiedy często jej gra jest niestabilna, bez błysku i zbyt jednostajna. Wiedzieliśmy o tym już dawno temu, ale selekcjoner często rotował schematami taktycznymi i nie chciał się do tego systemu przekonać. W meczu z Izraelem postanowił jednak skorzystać z w wariantu z "4", a na grę polskich skrzydeł można było patrzeć z dumą i wypiekami na twarzy. Ataki były przeprowadzone z ogromną dynamiką, pasją i zaangażowaniem, a po stracie piłki zarówno Grzegorz Krychowiak, jak i Mateusz Klich błyskawicznie stosowali pressing, agresywnie doskakując do rywali. Co więcej, potrzeba było aż 14 spotkań kadry, aby asystę zaliczył w końcu któryś z naszych pomocników. Odblokowanie przyszło w idealnym momencie, a zagranie Zielińskiego przy golu „TurboGrosika” (jego pierwsza bramka w kadrze od 15 miesięcy!) było majstersztykiem i ozdobą całego meczu z Izraelem.

5. W końcu doczekaliśmy się goli z gry! Aż trudno to sobie wyobrazić, ale fakty są takie, że w trzech poprzednich meczach eliminacyjnych Polska zdobyła zaledwie 4 gole, z czego 3 padły po stałych fragmentach, a 4. głową po dośrodkowaniu. Dopiero mecz z Izraelem zmienił ten niekorzystny trend. Nie dość, że z ekipą Adreasa Herzoga reprezentacja trafiła do siatki więcej razy niż we wszystkich poprzednich meczach, to robiła to po naprawdę efektownych akcjach. Dobitnym przykładem tego bramka Piątka na 1:0 czy też Grosickiego na 3:0.

6. Robert Lewandowski. Snajper Bayernu Monachium jest niekwestionowanym królem Stadionu Narodowego. Na tym obiekcie zdobył już 25 goli, a trafienie z karnego z Izraelem było już 21. trafieniem w ostatnich 12 meczach z rzędu w Warszawie! Co ciekawe, ostatni raz, kiedy „Lewy” nie wprawił w ekstazę kibiców ze stolicy, to był październik 2014 roku, kiedy to grał jeszcze w barwach Borussi Dortmund! Robert jest maszynką do strzelania goli, ale ma również inne pożyteczne walory, które sprzyjają w grze z dwójką z przodu, o czym wspomina Jan Tomaszewski, były polski bramkarz, w rozmowie z serwisem „Sportowefakty.pl”:

– Piłkarz meczu z Izraelem? Wyróżniłbym Roberta Lewandowskiego, który pokazał, że nie tylko potrafi strzelać bramki, ale przede wszystkim potrafi rozgrywać piłkę. Jego fenomenalne podanie przy pierwszym golu wystawia mu świetne świadectwo.

Sam napastnik również odniósł się do systemu z 2 atakujących w pomeczowej rozmowie:

–  Na pewno zawsze jest łatwiej, gdy gra się dwoma napastnikami. Przeciwko jednemu przeciwnik ma łatwiej, szczególnie taki jak Izrael, który gra trójką obrońców w środku. Wtedy jeden ze stoperów zawsze może iść "na raz", a dwóch i tak go asekuruje, jest trudniej. Ja dzisiaj grałem bardziej na "dziesiątce", na rozegraniu, gdzie skupiałem się na dogrywaniu piłek z drugiej linii. Wiedziałem, że zawsze ktoś jest z przodu, co ułatwiało grę mi, a utrudniało obrońcom rywali – powiedział „Lewy”, którego słowa są cytowane przez portal „Sportowefakty.pl”.

Piłkarze reprezentacji efektownie zakończyli w doskonały sposób czerwcową turę eliminacji Euro 2020 i mogą się udać na zasłużone wakacje. We wrześniu czekają ich dwa kolejne starcia: ze Słowenią na wyjeździe i Austrią na Narodowym. Jerzy Brzęczek przeszedł do historii ekipy "Biało-Czerwonych", bowiem został pierwszym selekcjonerem, który wygrał na starcie 4 mecze z rzędu kwalifikacji do Mistrzostw Europy bez straty ani jednego gola (ostatni raz dokonał tego Antoni Piechniczek w el. MŚ Espana 82’, ale kadra traciła wtedy gole – przyp. red.). Jakby tego było mało, to Polska po raz pierwszy w XXI wieku wygrała oba czerwcowe spotkania eliminacyjne!

Taki głód gry, radość, wysoka intensywność i płynność w grze jak w meczu z Izraelem, to elementy, które chcielibyśmy oglądać w każdym spotkaniu „Biało-Czerwonych”. Jednak na co stać tak naprawdę polski zespół i które jego oblicze jest bliższe prawdy, prędko się zapewne nie dowiemy, ponieważ żaden z naszych rywali w trwających eliminacjach nie jest zbyt miarodajnym przeciwnikiem. O prawdziwiej sile kadry Brzęczka przekonamy się prawdopodobnie dopiero już na turnieju finałowym Euro 2020, gdzie awans jest na wyciągnięcie ręki, ale i rywale będą tam zdecydowanie silniejsi, którzy zweryfikują poziom naszego zespołu.

 

Dominik Lenart

reklama

Gruziński pomocnik z Górnika w Legii Warszawa?

Gruziński pomocnik z Górnika w Legii Warszawa?

Wyjątkowe złote iPhony dla piłkarzy Liverpoolu

Wyjątkowe złote iPhony dla piłkarzy Liverpoolu
Firma zajmująca się produkcją wyjątkowych spersonalizowanych iPhone'ów z 24-karatowego złota przygotowała po jednej sztuce telefonu dla każdego z zawodników, którzy wygrali w barwach Liverpoolu Ligę Mistrzów.

Klątwa numeru ''7'' w Manchesterze United

Klątwa numeru ''7'' w Manchesterze United
reklama

Luka Jović podczas testów medycznych w Realu Madryt

Luka Jović podczas testów medycznych w Realu Madryt

Tłumy pod Bernabeu przed prezentacją Jovicia

Serbski napastnik pomyślnie przeszedł testy medyczne i już dziś zostanie zaprezentowany na Santiago Bernabeu!

Dlaczego Nawałka był bardziej lubiany?

Dlaczego Nawałka był bardziej lubiany?
Dopóki jestem prezesem, nikt nie będzie wybierał ani zwalniał selekcjonera: dziennikarze, Twitter czy ktokolwiek inny. W życiu trzeba mieć zasady i szanować ludzi. Mam dużą satysfakcję, że po każdym meczu kadry Adam Nawałka wysyła mi SMS-y. Czy Adam nie potykał się np. z Kazachstanem? Nie było wymęczonych zwycięstw, nie ratował w doliczonym czasie? Odnoszę wrażenie, że zdobywał większą przychylność, bo wyglądał jak Robert Redford – szaliczek, fryzura, okulary, opalenizna. A Jurek to bardziej nasz Romek Kłosowski z "Czterdziestolatka". I nie ma znaczenia, że jego doświadczenie i wiedza o piłce są gigantyczne.
Zbigniew Boniek za:Przegląd Sportowy
reklama